Inni mają gorzej

Każdy z nas ma takie chwile, że staje się pocieszycielem. Komuś bliskiemu jest źle i staramy się jakoś pomóc. Możemy koić jego smutki na różne sposoby – czasem samą obecnością, czasem czynem, a czasem słowem. Co mówimy najczęściej? Jest kilka standardowych tekstów, ale dziś skupię się na jednym z nich. Na takim, którym przekonujemy naszego smutasa, że nie powinien się przejmować, bo są inni, którzy mają gorzej. To truizm, a czy działa pokrzepiająco?

inni

Zatem przychodzi ktoś do nas i się żali. W takiej sytuacji zdarza nam się na problem osoby pocieszanej spojrzeć obiektywnie, z szerszej perspektywy, bardziej globalnie. I widzimy wtedy, że tak naprawdę nie jest najbardziej pokrzywdzoną na świecie. I w dobrej wierze mówimy właśnie: „Słuchaj, naprawdę mogło być gorzej! Zobacz, ta czy tamta osoba to dopiero ma!”. Czy to pomaga? Cóż, to zależy od charakteru rozmówcy.
Mnie uświadomienie sobie, że są jacyś inni, którzy to dopiero mają przekichane, w większości pomaga. Że, w porównaniu z nimi, nie trafiłam najgorzej. Sama niekiedy się tak pocieszam – „mogło być gorzej”, „inni mają gorzej”. Ale czasem takie zdanie działa wręcz przeciwnie.

Taki przykład.
Kiedy siedziałam w szpitalu z kilkudniową córeczką i miałyśmy ogromne problemy, takie myśli i takie słowa od bliskich, pomogły. A także własne obserwacje. Widziałam wielkie dramaty innych matek, nawet z tego samego pokoju, i egoistycznie dziękowałam Bogu, że moje dziecko żyje i o to życie nie musi walczyć, że ma wszystkie kończyny i organy wewnętrzne, że w sumie jest bardziej zdrowe niż chore. Ale po kilku tygodniach codziennego zostawiania noworodka w szpitalu (gdyż nie mogłam z nim nocować) i wracania z pustym fotelikiem w samochodzie do domu z pustym łóżeczkiem, wymiękłam. I kiedy jedna z najbliższych mi osób powiedziała wtedy „nie rozczulaj się nad sobą, inni mają gorzej!”, wybuchłam. Nakrzyczałam na nią, że owszem są różne dramaty, ale u mnie też nie jest różowo i nie życzę sobie umniejszania mojego problemu. Owszem, inni mają gorzej, ale inni inni mają lepiej, bo ich zdrowe dzieci są przy nich, a nie gdzieś tam wśród obcych kobiet (które, jak się później okazało, niezbyt dobrze się swoimi podopiecznymi zajmowały).

Moje dzieciątko w końcu zostało wypisane ze szpitala. Okazało się jednak, że problemy się nie skończyły i znów zdanie „inni mają gorzej” mi pomagało. Długi okres pod znakiem „krew, pot i łzy” (dosłownie) zostawił na nas obu piętno, ale w końcu ułożyło się to, co miało się ułożyć. A pomagało właśnie myślenie, że nie jest tak źle, jak mogłoby być. Że są większe tragedie. Wtedy czułam, że mimo wszystko mam szczęście.
Jednak w grudniu ponownie szpital i jednocześnie rozwój kolejnego problemu – bardzo silnej alergii. I znów usłyszałam nieśmiertelne „inni mają gorzej”. I kolejny raz podziałało to na mnie, jak płachta na byka. Tak, są większe dramaty niż alergia, ale do cholery, to mojemu dziecku schodzi skóra z policzków, to moje dziecko nie śpi, bo się drapie, to moje dziecko może umrzeć przez mleko! Do tej pory zresztą, kiedy gdzieś jedziemy, boję się, że w razie jakiegoś wypadku naszej alergiczce ktoś poda mleko (w dobrej wierze), a ona przez to dostanie szoku anafilaktycznego i skończy się jeszcze gorzej niż ostatnio…

W końcu sprawy alergii zaczęły się prostować. Obu nam nie wolno po prostu spożywać pewnych rzeczy. Objawy skórne w zasadzie się cofnęły, zostało tylko kilka zmian oraz to okropne swędzenie. A także bardzo, bardzo powolne rozszerzanie diety. Nie jest to jednak nic, z czym byśmy sobie nie poradzili, bo… tak, inni mają, albo mogą mieć, gorzej. Bo kiedy tak żmudnie my wychodziliśmy na prostą, spadła na mnie kolejna szokująca wiadomość – mój przyszły chrześniak miał podejrzenie bardzo poważnej choroby. I zdałam sobie sprawę z tego, że na co ja w ogóle śmiem narzekać?! Przecież alergia, nawet bardzo silna, jak u Mrówci, to w zasadzie nic w porównaniu z tym, co może czekać niczego nieświadomego, maleńkiego chłopca! I wtedy też, właśnie przez to porównanie, nabrałam siły. Nie tylko na stawianie czoła własnym kłopotom, ale i na pocieszenie innych.

Taka huśtawka trwa nadal. Czasem przekonanie, że naprawdę nie jest tak źle, że damy radę, że to pryszcz. W końcu po pierwsze już wiemy co to jest i nie chodzimy od lekarza do lekarza, a po drugie przecież mogło być gorzej. Z alergią, nawet tak silną, da się w miarę normalnie żyć. I jeszcze istnieje nikła nadzieja, że nasza córeczka może z tego wyrośnie… Kiedy indziej jednak mam gorszy okres i jest mi mojego dziecka zwyczajnie żal. Jest chore, bardzo (jak na moje standardy). Musimy niezwykle uważać po każdym nowym produkcie, obserwować byle krostkę. I ono być może przez całe życie będzie musiało uważać. I wtedy głównie myślę o tym, że inni mają lepiej. I że przecież ona nie jest niczemu winna, więc dlaczego ją to spotkało?

Każdy z nas ma czasem słabsze dni. Niekiedy chce wiedzieć, że inni mają gorzej, bo to mu egoistycznie pomaga. Sporadycznie jednak świadomość, że inni faktycznie są bardziej skrzywdzeni przez los, nie wystarcza. Bo dużo wyrazistsze jest poczucie, że są również tacy, którzy mają lepiej i że to wcale a wcale nie jest sprawiedliwe.
Dlatego właśnie staram się już nie rzucać komuś w twarz tego zdania z tytułu wpisu. Bo nigdy nie wiem, czy nie jest akurat psychicznie po tej stronie, co i ja bywam i nie zrozumie moich słów jako „twoje kłopoty to pierdoły, inni to dopiero ho ho”. Zawsze są inni, którzy mają gorzej. W takich przypadkach przypomina mi się pewna popularna w internetach grafika, na której czarno na białym widać, że często nie doceniamy tego co mamy. Że inni mają gorzej. I nie ukrywam, mnie i innym, którym ją podesłałam, też pomagała.

Ale czasem każdy z nas potrzebuje poczuć, że teraz i jego kłopoty są dla kogoś (poza nim samym) najważniejsze. Tak jak wtedy, gdy na skaleczone kolano dostawało się plaster z Myszką Miki i buziaka od mamy. Bo tak, są tacy, co nie mają albo kolana albo mamy, ale mimo wszystko dobrze wiedzieć, kiedy już się jednak ma jedno i drugie, że nawet niewielki nasz kłopot jest dla kogoś ważny. Bo to znaczy, że my też jesteśmy ważni.